sobota, 24 listopada 2012

zbieg z gyma


Zacznę od tego, że to miał być zupełnie inny wpis. Miał być otwarciem nowego rozdziału, lejącym się na otłuszczone serca słowotokiem optymizmu. Ale…


Od 6 tygodni ujeżdżałem trening ogólnorozwojowy na siłowni. Do pewnego momentu uczęszczałem co 3 dni, ale ostatnio zacząłem siłownię nieco zaniedbywać, bo bieganie sprawiało mi więcej frajdy. Kilka dni temu postanowiłem się z siłownią przeprosić (o ile można się przeprosić z powierzchnią). Na dzisiaj umówiłem się z moją trenerką na rozpisanie nowego planu ćwiczeń. No i o tym miało być w tym wpisie – to miał być nowy początek, trening ukierunkowany na konkretne partie, celem miało być zbudowanie ramion, które nikczemnie mi matka natura spieprzyła. Ale…

Początki nie były złe. Najpierw usłyszałem parę komplementów. Za zrzucone kilogramy, zwiększenie masy mięśniowej, zwiększenie obciążenia itd. Spadło mi BMI, za to PMS i SNP nie zmieniły się od lat. I – uwaga – tłuszcz trzewny spadł mi z 9 do 7! Za cholerę nie wiem, co to jest tłuszcz trzewny i czy spadek z 9 do 7 to dobra czy zła informacja. Ale postanowiłem uznać to za sukces, bo ostatnio wszystko w moim życiu to sukces. 

Miałem już nawet przygotowane zdjęcie do tego wpisu:

 
Ale…

Pani trenerka tłumaczyła mi nowy trening. A ja byłem coraz mniej tym treningiem zainteresowany. Patrzyłem przez okno. Na dworze słońce, +8 stopni. Zacząłem przypominać sobie moje najczęstsze trasy biegowe. Byłem szczęśliwy, że MAM MOJE najczęstsze trasy biegowe. Wiedziałem już, w co bym się ubrał, żeby pobiegać. Wiedziałem, że za dwie godziny zajdzie słońce. I pytałem siebie, dlaczego spędzam być może ostatni w tym roku słoneczny weekend w zamkniętym pomieszczeniu, w którym albo podnosi się prostokątne kawałki metalu albo włazi na jakieś maszyny, na których biega się w miejscu patrząc na swoje odbicie w lustrze? Chyba wolę widzieć zmieniającą się przestrzeń, wolę przebiegać kolejne kilometry mijając kolejne piękne sklepy Biedronki niż imitować bieganie i czekać, aż na pulpicie jakiegoś urządzenia zapali się jakaś dioda informująca, że ileś tam przebiegłem, choć nie ruszyłem się z miejsca.

To przecież bieganie jest sensem i sednem mojego przepoczwarzenia, to w nim odnalazłem swoją tożsa…

„Krzysiek? Krzysiek, ty pierdolony zjebie, co ci jest?” – słowa trenerki wyrwały mnie z letargu. Gdy odzyskałem świadomość okazało się, że w czasie mojej burzy mózgu stałem w siłowni z nosem przyklejonym do szyby i bezwiednie ssałem sznurówkę moich butów biegowych… 

Przez grzeczność wysłuchałem do końca planu, który przygotowała mi trenerka. Ale wiedziałem już, że więcej tu nie przyjdę. Że to bieganie jest najlepszą aktywnością na świecie. Że jest wspanialsze niż restauracje zrewolucjonizowane przez Magdę Gessler. Że jest piękne niczym naga Selena Gomez siedząca na gałęzi świerku w parku na Woli. Że bieganie jest tak samo doskonałe jak doskonałe byłoby dziecko Matki Teresy i Martina Luthera Kinga. Choć dziecko byłoby pewnie trochę mniej odporne na zimno. Kochajmy bieganie, chwyćmy się za ręce i ruszmy na drogi i bezdroża, łąki i pola, biegnijmy do Lichenia i do Mekki, do Machu Picchu i po Chińskim Murze!

Albo nie, bo ciasno będzie.

PS: Sprawdziłem, czym jest tłuszcz trzewiowy. To taki tłuszcz w trzewiach. 



przebiegnijcie się tu: http://www.facebook.com/FitCzyFiu